Pojawiły się już pierwsze głosy, o tym, że panika "pyłowa" była zbyt nagłośniona:
"Holenderski astronom z uniwersytetu w Leidzie uważa, że chmury popiołu z islandzkiego wulkanu już w piątek nie stanowiły żadnego zagrożenia dla lotnictwa cywilnego. Według naukowca strach przed chmurą wulkaniczną został przesadnie rozdmuchany, a decyzję o zamknięciu przestrzeni powietrznej na tak długo podjęto bez konsultacji z ekspertami.
Astronom Rudolf Le Poole przyznaje, że zamknięcie przestrzeni dla ruchu lotniczego było konieczne zaraz po erupcji wulkanu, bo do atmosfery dostały się pyły, które w przeszłości były przyczyną kilku wypadków samolotów. Naukowiec zauważa jednak, że nikt nie określił, jakie musi być stężenie popiołu w powietrzu, by mówić o zwiększonym ryzyku. A takiego, zgodnie z obliczeniami holenderskiego astronoma, już w sobotę nie było.
- Można to było określić nawet patrząc w niebo nad Holandią, które było wciąż ładnie niebieskie. Gdyby światło rozproszyły duże ilości popiołu wulkanicznego, byłoby białe - mówi uczony. Wyjaśnia, że duże kawałki żwiru spadły zaraz w pobliżu wulkanu, a drobniejsze cząstki popiołu opadały metr w ciągu sekundy. I choć chmura pyłu była nad Europą, to już po dwóch dniach tak została rozrzedzona przez wiatr i turbulencje, że nie stanowiła zagrożenia dla silników samolotów. - Zwykle samoloty latają przez brudniejsze powietrze, na przykład nad pustynią - powiedział Rudolf Le Poole."
Materiał ukazał się dziś na Gazeta.pl
